Zdjęcie ze spotkania X- LAB. Projektowanie doświadczeń (w) przestrzeni: Natura, fot. Katarzyna Kukiełka KBF
16 marca 2026
Ola Zając:
Witam Was bardzo serdecznie. Bardzo się cieszymy z frekwencji, ale jeszcze bardziej z tego, że na naszych wydarzeniach widzimy powracające twarze.
To nasze trzecie spotkanie w ramach cyklu X-LAB i zarazem ostatnie w tej panelowej formule. Rozmawiamy o tym, jak doświadczać różnych przestrzeni i jak takie miejsca jak miejsca trzecie, obiekty zabytkowe czy – jak dziś – przyroda, wpływają na nasze przeżycia.
Nazywam się Ola Zając i razem z Martą Sztwiertnią współtworzymy programowo Slot Art Festival, a na co dzień jesteśmy też związane z Apteką Designu. To miejsce jest dla nas ważne nie tylko dlatego, że mieści się w dawnej aptece, ale też dlatego, że cały teren dawnego szpitala ma się stać laboratorium rozwiązań dla miast – z zielenią, obiektami zabytkowymi i przestrzeniami społecznymi.
Cykl, który tu prowadzimy, nazywa się X-LAB, bo interesuje nas experience design, czyli projektowanie doświadczeń. Chodzi nie tylko o samą przestrzeń, ale też o relacje, wspólnotę i sposoby bycia razem.
Na stoliku znajdziecie kilka książek w tym temacie oraz QR-kod z dodatkowymi materiałami.
Do dzisiejszej rozmowy zaprosiliśmy bardzo różnorodne grono:
Jest z nami Basia Zamożniewicz, kojarzona m.in. z Wielkim Zachwytem i projektami rodzinnymi blisko natury.
Jest Kacper Jakubowski, którego możecie znać z działań wokół lasów kieszonkowych i miejskiej przyrody.
Jest też Jakub Kałużny z krakowskiego Centrum Edukacji Ekologicznej Symbioza w Lesie Wolskim.
Rozmowę poprowadzi Krzysiek Słaboń.
Otwarcie rozmowy
Krzysiek Słaboń:
Dzięki, że przyjęliście zaproszenie. Mamy taki plan, żeby najpierw chwilę porozmawiać w tym gronie, a potem oddać głos także Wam – słuchaczom. Chcemy, żeby to było spotkanie możliwie wspólne i żywe.
Na początek pytanie rozgrzewkowe: kiedy ostatnio doświadczyliście bliskiego kontaktu z naturą? Gdzie to było? Co to było za doświadczenie?
Jakub Kałużny:
Ja miałem takie doświadczenie dosłownie piętnaście minut przed osiemnastą, idąc tutaj. Zaparkowałem, patrzę pod zeszłoroczne liście, a tam mysz. Dla mnie to jest dobre przypomnienie, że przyroda jest wszędzie – tylko trzeba ją zauważyć i usłyszeć.
Basia Zamożniewicz:
Ja wczoraj spędziłam cały dzień nad rzeką, na łąkach, z moimi psami. To był naprawdę wspaniały dzień w plenerze.
Krzysiek Słaboń:
Jaka to rzeka?
Basia Zamożniewicz:
Wschodnia, dopływ Czarnej. Dzika, chociaż niestety uregulowana.
Kacper Jakubowski:
Ja ostatnio dużo jeżdżę i zacząłem robić sobie takie przystanki w trasie. Szukam miejsca kilka minut od zjazdu z drogi, gdzie można wejść w przyrodę i naprawdę odetchnąć. Ostatnio trafiłem na bagno na południowy zachód od Częstochowy. Złota godzina, przed zachodem słońca, a tam nagle żurawie, bobry, sarny, dziki – wszystko naraz. To było doświadczenie tak intensywne, że dostarczyło mi energii, żeby bezpiecznie jechać dalej.
Dlaczego dziś trzeba „projektować” kontakt z naturą?
Krzysiek Słaboń:
Mówimy dziś o “wyprowadzaniu ludzi w naturę”. Z jednej strony kontakt z przyrodą wydaje się czymś naturalnym. A jednak ciągle wraca pytanie: czy dziś trzeba takie doświadczenia projektować? Skoro przyroda jest dla nas czymś podstawowym, to dlaczego to nie wydarza się samo?
Basia Zamożniewicz:
Powiem z bardzo osobistej perspektywy. Wychowałam się na wsi. Zbierałam z rodzicami jagody, pracowałam w polu, po prostu żyłam blisko przyrody. Ale dzieciństwo moich dzieci wyglądało już inaczej. Okazało się, że na wsi też nie ma już tylu dzieci, nie ma tej samej swobody, nie ma tego rytmu życia.
Bardzo długo zajęło mi zrozumienie, że dziś to już nie wydarza się samo. To, co dla mojego pokolenia było naturalne, dla współczesnych dzieci – szczególnie z miasta – już takie nie jest. Kiedy pracowałam z rodzinami na wydarzeniach Wielkiego Zachwytu, często słyszałam: „To jest jedyny weekend w roku, kiedy nasze dziecko może pobiegać boso z patykiem i być częścią grupy dzieci w naturze”. To jest dla mnie odpowiedź: tak, dziś trzeba to projektować.
Jakub Kałużny:
Zgadzam się. Dorośli muszą się zastanowić, jak to najmłodszym podać, żeby oni w ogóle chcieli tego spróbować. Konkurencja jest ogromna. Mamy telefony, ruchome obrazki, świat, który cały czas przyciąga uwagę. Sam to widzę po sobie – te raporty tygodniowe z czasu spędzanego przy ekranie bywają przerażające.
Jeśli ktoś ma szanować przyrodę, to najpierw musi ją poznać. A to nie może się sprowadzać do jednego wyjazdu na weekend raz na jakiś czas. To powinno być blisko, dostępne, w zasięgu ręki i wzroku. Nie tylko dla dzieci – także dla rodziców, którzy też często potrzebują nauczyć się tego kontaktu od nowa.
Basia Zamożniewicz:
Jesteśmy też w momencie zmiany pokoleniowej. Nasi rodzice byli bliżej przyrody, bo jej używali. Dziś przychodzą do nas dzieci z miasta, które mają pięć lat i nigdy nie były w lesie. Ich rodzice często też nie mają takiego doświadczenia. To nie jest ocena – to jest fakt. Dlatego trzeba ich w ten świat po prostu wprowadzać.
Kacper Jakubowski:
Powiedziałbym nawet, że nie ma już powrotu do natury w takim sensie, w jakim znaliśmy ją dawniej. Nie odzyskamy tamtego świata. Możemy natomiast budować kontakt z naturą na nowo.
I dlatego tak ciekawa jest przyroda miejska. Ona nie musi konkurować z gospodarką leśną czy wielkoprzemysłowym rolnictwem. W mieście może być przestrzenią kontemplacji, odpoczynku, codziennego bycia. Widać też, że rodzice czują potrzebę takiego kontaktu, ale często są bezradni. Potrzebują przewodnika albo przewodniczki – kogoś, kto pokaże, że to jest bezpieczne, że można tam być, że dziecko nie musi być cały czas kontrolowane. Najpierw potrzebujemy więc mądrego wprowadzenia, a potem można pozwolić temu działać samoistnie.
„Czwarta przyroda” i miejska dzikość
Krzysiek Słaboń:
Kacprze, używasz pojęcia „czwarta przyroda”. Co ono właściwie oznacza?
Kacper Jakubowski:
To jest pojęcie, które próbuje docenić to, co przez lata nazywano chaszczami, nieużytkami, odłogami – czymś zbędnym, brzydkim, do zaorania albo zabudowania. Tymczasem bardzo często są to tereny zostawione przyrodzie, gdzie ona pojawia się spontanicznie, bez projektu, bez kontroli i okazuje się niezwykle żywa.
Dla mnie ważne było odkrycie, że mieszkańcy już z tych miejsc korzystają. Chodzą tam, obserwują, przeżywają, nawet jeśli oficjalnie miasto jeszcze nie nadało temu wartości.
Krzysiek Słaboń:
A miasta dziś tego chcą? Chcą dzikości?
Kacper Jakubowski:
Coraz częściej tak. Jeszcze kilkanaście lat temu to był temat niszowy. Dziś widzimy wyraźnie zmianę. Coraz częściej docenia się to, że park nie musi być wymuskany, a teren zielony nie musi wyglądać jak katalogowa wizualizacja. Można budować miejsca, w których przyroda nie jest wyłącznie dekoracją, ale realnym uczestnikiem przestrzeni.
Co działa w praktyce?
Krzysiek Słaboń:
Gdybyście mieli powiedzieć, co jest esencją dobrze zaprojektowanego doświadczenia przyrody – co naprawdę działa?
Zachwyt, wolność i bycie razem
Basia Zamożniewicz:
U mnie wszystko zaczęło się od dzieci. To one przywróciły mi zachwyt. Patrzyłam, jak potrafią zachwycić się mrówką, biedronką, psem, błotem, wodą. I nagle odkryłam, że ta część mnie też gdzieś jeszcze jest – tylko była przykryta pośpiechem, pracą, codziennością.
Kiedy moje dzieci były małe, bardzo często zabierałam je do lasu. Bywało, że robiłam to trzy razy w tygodniu. Czasem nawet wyciągałam je wcześniej z zajęć, jeśli pogoda była piękna, bo czułam, że to jest dla nich ważniejsze. I zauważyłam, że najważniejsze nie jest to, żebym im tam coś organizowała. Najważniejsze było zaufanie, swoboda i obecność. Dbanie o bezpieczeństwo – tak, ale nie kontrolowanie każdego ruchu.
Później, kiedy dzieci zaczęły bardziej potrzebować rówieśników niż mamy, zaczęłam rzucać hasło: „W niedzielę idziemy do lasu. Kto chce, niech dołączy”. Tak zaczęły powstawać grupy rodziców i dzieci, które po prostu razem były w lesie. Dla mnie to jest ważne – żeby pamiętać, że przyroda nie zawsze potrzebuje scenariusza. Czasem wystarczy stworzyć warunki i być.
Zmysły, prostota, mniej gadania
Jakub Kałużny:
Ja na początku bardzo dużo planowałem. Był scenariusz, punkty, wiedza do przekazania. Z czasem, obserwując dzieci, zacząłem rozumieć, że trzeba im dać więcej przestrzeni.
Dzieci chcą się bawić, chcą dotykać, brudzić się, smakować świat. One potrzebują zmysłów. Muszą wziąć do ręki patyk, wejść w błoto, powąchać las, usłyszeć go naprawdę. Dorosłym często wydaje się, że najważniejsza jest wiedza. Jasne, wiedza jest potrzebna, ale najpierw musi być relacja.
W mojej pracy bardzo ważne stało się jedno odkrycie: najtrudniej było mi przestać mówić. Edukator ma pokusę, żeby wszystko nazwać, opisać, najlepiej jeszcze po łacinie. Tylko że to często przeszkadza w doświadczeniu. Dziś myślę, że najważniejsze są prostota, relacja i zmysły.
Mikrowyprawy i wspólny piknik
Kacper Jakubowski:
My też długo uczyliśmy się tego w praktyce. I jedno wiem na pewno: dla wielu rodzin przepisem na sukces była mikrowyprawa. Krótka, bliska, ale nieoczywista. Miejsce, które ma dobrą nazwę, budzi ciekawość, jest trochę „za rogiem”, ale daje poczucie odkrywania.
Na takich wyprawach bardzo dobrze działały proste narzędzia: siatki do łapania owadów, podbieraki, kuwety do obserwowania życia w wodzie. A na końcu – piknik. To brzmi banalnie, ale wspólne jedzenie było często kluczowe. Po kilku godzinach chodzenia dzieci były zmęczone, rodzice też, a piknik wszystko domykał. To było też budowanie wspólnoty.
Dochodził do tego wątek dzikiej kuchni – pokrzywy, zioła, coś do spróbowania. Dorosłych bardzo to interesowało, bo budziło pamięć zbieractwa, kultury, dawnych praktyk. A dzieci? Dzieci uwielbiały bagno, wodę, martwe drewno i wszystko to, co żyje poza wygładzonym światem placu zabaw.
I jeszcze jedno: przyroda naprawdę lubi się odsłaniać. W tych dobrze poprowadzonych doświadczeniach bardzo często wydarzały się niezwykłe obserwacje. Zwierzęta, których nikt się nie spodziewał. Miejsca, które nagle okazywały się żywe. To zawsze działało mocniej niż najbardziej dopracowany komentarz.
Lęk, kleszcze i potrzeba oswajania
Krzysiek Słaboń:
Kiedy opowiadacie o wyjściu w przyrodę, to obok zachwytu bardzo często pojawia się też lęk. Zwłaszcza lęk rodziców. Co wtedy?
Jakub Kałużny:
Rodzice boją się często bardziej niż dzieci. Dziecko chce wejść w błoto, wziąć kij, sprawdzić, co się dzieje. Rodzic widzi od razu zagrożenie. A prawda jest taka, że dzieci często bardzo dobrze wiedzą, jak doświadczać przyrody – trzeba im tylko dać przestrzeń. Oczywiście w granicach bezpieczeństwa.
No i jest temat, który wraca zawsze: kleszcze.
Krzysiek Słaboń:
No właśnie. Gdybyśmy mieli odhaczyć temat kleszczy raz porządnie – co mówicie ludziom?
Jakub Kałużny:
Po pierwsze: ubiór. Długie spodnie, długie rękawy, najlepiej jasne rzeczy, spodnie w skarpetki. Po drugie: po powrocie przebranie, prysznic, dokładne obejrzenie ciała. Po trzecie: jeśli kleszcz już jest, trzeba go po prostu sprawnie usunąć, a nie wpadać w panikę. Repelenty mogą pomagać, ale z umiarem.
Basia Zamożniewicz:
Ja mieszkam w regionie, gdzie kleszczy jest naprawdę bardzo dużo. Mam też psy, więc temat znam dosłownie z codzienności. I moje doświadczenie jest takie: nie panikować. Naprawdę da się z tym żyć bez ciągłego lęku.
U nas to była po prostu rutyna. Wracamy z lasu – ubranie do prania, szybki prysznic, oględziny. Dzieci wiedziały, że tak się robi. To nie było nic dramatycznego. Im bardziej człowiek rozumie, jak działa kleszcz i jakie są realne procedury, tym mniej się boi.
Kacper Jakubowski:
Bardzo pomaga też jasna komunikacja z rodzicami wcześniej. Co zabrać, jak się ubrać, co zrobić po powrocie. Ja bardzo zachęcam też do szczepienia przeciw kleszczowemu zapaleniu mózgu, bo to naprawdę ważna ochrona.
Krzysiek Słaboń:
Czyli znów wracamy do wiedzy i do oswajania.
Kacper Jakubowski:
Tak. Bo czasem mam wrażenie, że tablice ostrzegawcze w lesie mówią nam jedno: „Wszystko, co tu jest, chce cię zabić”. A przecież to nie jest prawda. Potrzebujemy oswajania, niedemonizowania.
Basia Zamożniewicz:
I warto też pamiętać, że na tym strachu ktoś robi biznes. O lesie nie zobaczymy tylu reklam, co o kleszczach. To też wpływa na społeczne napięcie.
Jakub Kałużny:
A z drugiej strony – miasto też nie jest bezpieczne. Samochody, hałas, pośpiech. Przyroda nie jest jedynym miejscem ryzyka.
Po co to wszystko?
Krzysiek Słaboń:
Przełamujemy lęk, wychodzimy do lasu, na łąkę, do nieużytku. I co dalej? Co jest celem?
Jakub Kałużny:
Do szczęścia. Mówię to trochę górnolotnie, ale serio. Przyroda daje człowiekowi spokój. Pomaga odzyskać równowagę. Pozwala zwolnić. Dziś ten wymiar psychiczny, emocjonalny, dobrostanowy jest dla mnie chyba najważniejszy.
Basia Zamożniewicz:
Ja zaczynałam od tego, że sama potrzebowałam natury, żeby się regulować jako młoda mama. Wychodziłam do lasu bardzo wcześnie rano, zanim dom się obudził. I wracałam z poczuciem, że jestem lepszą mamą, bardziej obecną, spokojniejszą.
Potem zaczęłam to dawać dzieciom. Potem innym rodzinom. Z tego wyrósł blog, społeczność, lokalne „Idziemy do lasu”, a później festiwal Wielki Zachwyt Błotem. Dziś współorganizuję tygodniowe pobyty dla rodzin blisko natury, łączące przyrodę, edukację i wsparcie rodziców. Wszystko z jednego powodu: bo widzę, że ludzie tego naprawdę potrzebują.
O Wielkim Zachwycie Błotem
Krzysiek Słaboń:
Opowiedz trochę o festiwalu.
Basia Zamożniewicz:
Wielki Zachwyt Błotem wyrósł dosłownie z kałuży. Zobaczyłam własne dzieci bawiące się w błocie z takim skupieniem i szczęściem, że pomyślałam: to jest coś ważnego. Wrzuciłam zdjęcia do internetu, a ludzie zaczęli pytać, czy można przyjechać.
Festiwal odbywał się w prywatnym, starym parku przy pałacu. Były tam ogromne drzewa, polany, ognisko, opowieści, koncerty właściwie bez nagłośnienia, namioty, wspólne życie. Nie chcieliśmy robić z tego wielkiej masowej imprezy. Bardzo pilnowaliśmy skali. Doszliśmy do momentu, w którym wiedzieliśmy, że dwieście osób to maksimum – tyle, żeby zachować kameralność, bezpieczeństwo i szacunek dla miejsca.
Nawet takie rzeczy jak zmywanie naczyń miały znaczenie. Zrobiliśmy wspólną stację do mycia, bo nie chcieliśmy jednorazówek. I nagle okazało się, że to też staje się miejscem spotkania. To jest dla mnie ważne: projektować doświadczenie tak, by było w nim i piękno, i umiar, i szacunek dla przyrody.
Nowe praktyki: renaturyzacja, mikrolasy, ogień, rzemiosło
Od edukacji do renaturyzacji
Kacper Jakubowski:
Dla mnie ważne jest to, że przyroda daje dziś bardzo wiele różnych dróg działania. Projekt Dzieci w Naturze był ważnym etapem i wciąż jest mi bliski, ale dziś jestem już gdzie indziej. Bardziej interesuje mnie renaturyzacja i tworzenie miejsc, które na nowo łączą ludzi z procesami przyrodniczymi.
Pracuję teraz m.in. przy osiedlu w Gnieźnie, gdzie próbujemy zaprojektować zupełnie inną zieleń niż typowa zieleń deweloperska. Nie chodzi o to, żeby było „ładnie” w katalogowym sensie. Chodzi o to, żeby było funkcjonalnie, wielowarstwowo i odpowiedzialnie. Żeby woda z dachów i parkingów zostawała na miejscu, a nie znikała w kanalizacji. Żeby roślinność pracowała. Żeby powstawało „miasto gąbka”.
Lasy kieszonkowe i odpowiedzialność wspólnoty
Drugi ważny obszar to lasy kieszonkowe – małe, gęste, społeczne nasadzenia na trudnych, zdegradowanych terenach. Nie chodzi w nich o pojedyncze drzewo, tylko o relacje. O odtworzenie małego ekosystemu.
Ta metoda bardzo dobrze zakorzeniła się w Polsce, bo ludzie chcą sadzić coś razem i brać za to odpowiedzialność. Chcą posadzić las we wspólnej intencji, wiedząc, że za chwilę to miejsce zacznie żyć już własnym rytmem.
Ogień, dłubanie i kąpiele leśne
Jakub Kałużny:
Ja pracuję w mniejszej skali, ale może właśnie dlatego widzę, jak wielką moc mają rzeczy proste. W Symbiozie [Centrum Edukacji Przyrodniczej Symbioza Zarządu Zieleni Miejskiej w Krakowie] bardzo zależało mi na tym, żeby skupiać ludzi wokół ognia. To brzmi archaicznie, ale ogień naprawdę nadal działa. Przy nim robi się ciepło, bezpiecznie, człowiek patrzy w płomienie i po prostu zwalnia.
Potem doszły warsztaty pracy rękami: struganie drewna, pieczenie podpłomyków przy ognisku, plecionkarstwo. W takich działaniach ważne jest to, że człowiek zostaje z czymś namacalnym. Dziś wiele zawodów nie daje tego poczucia. A kiedy własnymi rękami zrobisz kosz albo choćby prostą rzecz z drewna, wraca radość tworzenia.
Bardzo ważne stały się dla mnie także kąpiele leśne, czyli shinrin-yoku. Nie chodzi w nich o „przytulanie drzew”, tylko o prowadzone doświadczenie bycia w lesie tak, żeby człowiek naprawdę się wyciszył. Nawet dla mnie – człowieka, który pracuje w lesie – to było odkrycie. Okazało się, że naprawdę potrzebuję czasu, żeby przestać myśleć zadaniowo i po prostu być.
Tylko to ma też drugą stronę: w tej pracy bardzo łatwo o wypalenie. Łatwo uczyć slow life, a samemu żyć w ciągłym pędzie projektów, warsztatów, wydarzeń. Dlatego tak ważne jest słowo, które dziś tu wróciło: umiar.
Pytania z sali: Gdzie w Krakowie zobaczyć czosnek niedźwiedzi?
Głos z sali:
Gdzie najbliżej w Krakowie można zobaczyć czosnek niedźwiedzi?
Kacper Jakubowski:
Są stanowiska m.in. na północy Krakowa, w rejonie Lasu Witkowickiego, Żabich Dołów w Zielonkach czy innych wilgotniejszych, zacienionych miejsc. Trzeba tylko pamiętać, że nie wszędzie można go zrywać.
Jakub Kałużny:
W Lesie Wolskim też się pojawia. Ale podziwiajmy go w miejscach chronionych, a do jedzenia lepiej sadzić go u siebie albo zbierać tam, gdzie jest to dozwolone.
Jak ludzi oswajać z nocowaniem pod namiotem?
Głos z sali:
Dla wielu młodych ludzi spanie pod namiotem jest dziś czymś zupełnie obcym. Jak do tego zachęcać?
Basia Zamożniewicz:
Na naszych wydarzeniach przyjeżdżało sporo rodzin, dla których to była pierwsza noc pod namiotem. Pomagało to, że wcześniej widzieli zdjęcia, opinie, klimat miejsca. Mieliśmy też różne opcje noclegu, ale wiele osób i tak wybierało namioty, bo chciało wejść w to doświadczenie naprawdę.
Jakub Kałużny:
Ja bym zaczynał bardzo prosto: nie od wyprawy życia, tylko od czegoś blisko domu. U dziadków, na działce, w ogrodzie, z możliwością wycofania się do środka. Chodzi o to, żeby nie przestraszyć dzieci. Jeśli pierwsze doświadczenie będzie zbyt trudne, człowiek się zamknie.
Jest też program „Zanocuj w lesie”, który pozwala legalnie nocować w wyznaczonych miejscach. To też może być dobra droga.
Czy popularyzowanie natury nie szkodzi samej naturze?
Głos z sali:
Czy zapraszając ludzi do przyrody, nie odbieramy jej dzikości?
Jakub Kałużny:
Wpływ zawsze będzie. Nie da się wejść gdzieś i nie zostawić śladu. Ale nie wyobrażam sobie odpowiedzi w postaci zakazu kontaktu. Raczej potrzebujemy edukacji, rozproszenia ruchu, pokazywania ludziom różnych miejsc, a nie tylko tych najbardziej oczywistych.
Basia Zamożniewicz:
Mam poczucie, że długofalowo więcej zyskujemy, jeśli ludzie zbudują realną relację z przyrodą. Nawet jeśli nasza obecność coś minimalnie naruszy, później może się to przełożyć na większy szacunek i lepsze decyzje.
Kacper Jakubowski:
Bardzo dużo zależy od sposobu udostępniania. Nie wszystko trzeba otwierać. Można udostępniać tylko część terenu, prowadzić ludzi po kładkach, wyznaczać ścieżki, zostawiać duże obszary bez ingerencji. I jeszcze jedno: bardziej odporna bywa przyroda rzeczywiście dzika niż taka „posprzątana” pod spacer. Dlatego tak ważna jest zwykła, najbliższa przyroda – nie tylko rezerwaty i miejsca spektakularne.
Co zrobić, żeby wróble wróciły do miasta?
Głos z sali:
Marzy mi się więcej wróbli w Krakowie. Czy da się coś zrobić, żeby wracały na osiedla?
Kacper Jakubowski:
Wróbel potrzebuje krzewów, żywopłotów, chwastów, nasion, miejsc do ukrycia. Za mało zostawiamy takiej „zwykłej” zieleni.
Jakub Kałużny:
To jest też szerszy problem miejskiej fauny. Ale rzeczywiście: więcej zakrzewień, więcej ekostref, więcej miejsc, które nie są wyłącznie trawnikiem, to dobry kierunek.
Mikrolasy w Krakowie
Głos z sali:
Czy w Krakowie można już zobaczyć mikrolasy?
Kacper Jakubowski:
Tak, jest ich już kilka. Najstarsze mają po kilka lat i naprawdę robią wrażenie, jeśli weźmie się pod uwagę, jak trudne były to wcześniej tereny. To małe, gęste nasadzenia wielu rodzimych gatunków, które mają odtworzyć cały mikroekosystem, a nie tylko ładny zieleniec.
Co zrobić z zaniedbanym terenem na osiedlu?
Głos z sali:
Jeśli mamy na osiedlu niezagospodarowany teren i chcielibyśmy, żeby pojawiło się tam coś sensownego, od czego zacząć?
Jakub Kałużny:
Najpierw sprawdzić, kto zarządza terenem. Potem kontakt z odpowiednią jednostką miejską albo z administratorem. Dobrą drogą bywa też budżet obywatelski. Tylko ważne jest, żeby później tych projektów pilnować, bo od pomysłu do realizacji może się sporo zmienić.
Jaki „las” może być opłacalny na gruncie prywatnym?
Głos z sali:
Jeśli ktoś ma kilka hektarów ziemi i chciałby zrobić coś, co będzie dobre przyrodniczo, ale też w jakimś sensie opłacalne – co byście doradzili?
Jakub Kałużny:
Najpierw trzeba sprawdzić, co wolno zrobić formalnie. Nie każdy grunt rolny można po prostu zalesić.
Kacper Jakubowski:
Ja bym myślał szerzej niż tylko o klasycznym lesie. Może sad jadalny, food forest, rozwiązania permakulturowe, może zostawienie części terenu sukcesji naturalnej.
Domknięcie
Krzysiek Słaboń:
Na sam koniec poproszę Was jeszcze o jedno zdanie. Z czym chcielibyście nas zostawić?
Jakub Kałużny:
Nie myśl. Idź i przeżywaj.
Basia Zamożniewicz:
Spędzaj codziennie co najmniej dwadzieścia minut w przyrodzie. A jeśli nie masz czasu – to więcej.
Kacper Jakubowski:
Jest wiosna. Kwitną wierzby, wychodzi pokrzywa, wszystko zaczyna się od nowa. To jest świetny moment, żeby odzyskać siły i po prostu codziennie wychodzić na zewnątrz.